Witam! Uczę w szkole językowej i robię studia jednocześnie (filologia angielska na dziennych i dodatkowa specjalność pedagogika wczesnoszkolna). Nauczanie- super doświadczenie, dopóki nie zjawi się ktoś kto skutecznie zabierze motywację i chęć do pracy bynajmniej jest tak w moim przypadku, jako że zaczynam dopiero całą przygodę pod tytułem "nauczyciel".
Miesiąc wcześniej, do biura zadzwonił telefon z pochwałą od rodzica 16nastolatki o sposobie mojego nauczania (uczę grupkę gimnazjalistek). W grupie 10 latków też bez problemów. Dopiero w grupie 5ciolatków co chwilę coś. Jest to szkoła prywatna, rodzice płacą....
Dziewczynka wykręcała się na zajęciach, schodziła z krzesła, jak się okazało to rodzic (matka) patrzała przez okno co się dzieje na lekcjach (świadomość czego cieszy każdego nauczyciela ;/ ) i mówi że poszła z tym do lekarza, a ten odpowiedział, że dziecko nie ma wad postawy tylko, że mu się nudzi na co matka mi to powiedziała. Bardzo to przeżyłam emocjonalnie, podręcznik kolorowy, dużo malowanek, wycinanek a jej się nudzi.
Ale dzisiaj to przesada wogóle. Matka dziecka (któremu całkiem dobrze idzie) przyszła po zajęciach z pretensjami, że wycinałam coś będąc już w klasie (powiedziała tak: "Co to ma znaczyć?" itd w stylu ze nie przygotowana byłam). Odpowiedziałam, że ksero było zepsute i nie miałam możliwości wczesniej tego zrobić (bo taka prawda, wyłączało się i miałam problem ;/) . A tak wogóle to dzieciom dałam flashcards do przyczepienia na tablicę w tym czasie i czekałam az reszta się zejdzie do klasy (zawsze schodza się różnie, a rodzice wchodzą i rozbierają dzieci itd - nie wiem, uczyć już wtedy czy nie? lepiej czekać?). Powiedziała jeszcze, że puściłam dzieciaki 5 minut za szybko i że one na tym tracą. Rozumiem to, czas - pieniądz, ale wg mojego zegarka to puściłam dzieci wolno po 43 minutach i jak wyszły z klasy to było akurat (bo w tej szkole językowej nie ma przerw pomiędzy zajęciami i zawsze koleżanka mnie pospieszała bo chciała zacząć swoją lekcję). Tak więc kobieta twierdziła że puściłam dzieci 10 po, kiedy na zegarku w klasie (który jej pokazałam) było 14 po (a 15 po powinny dzieci kończyć i 15 po koleżanka powinna zaczynać).
Kobieta młoda (niewiele starsza ode mnie, zaledwie kilka lat) poszła z tym do biura. W biurze mi powiedzieli, że mam się nie przejmować.
Ale ja...
bardzo się tym przejęłam... w pierwszej chwili łzy w oczach. To pierwsza taka sytuacja, że słysze obiekcje do sposobu w jaki pracuję i organizuję czas. Co o tym sądzicie? Kto ma rację? A jak rodzice się zbiorą i zaskoczą mnie teraz w środę jakimiś masowymi zastrzeżeniami? Pomóżcie
Jak sie na takie coś przygotowac? Czy takie coś będzie miało miejsce?
Jak stanąć na nogi po tym wszystkim, bo jak narazie czuję się marnie Dzieci wychodzą z uśmiechem a tu takie niemiłe zaskoczenie
Dodam że mam 20 lat i chcę być nauczycielem.
_________________ A friend in need is a friend indeed.
Zaproszone osoby: 1 Pomógł: 75 razy Posty: 974 Skąd: Kwidzyn/Elbląg
Wysłany: Wto 24 Lis, 2009 9:52 am
Wydaje mi się, że jeśli naprawdę nie masz sobie nic do zarzucenia, starasz się jak możesz itd., to powinnaś sobie wziąć do serca radę "z biura". Dokonaj starannej samooceny, sprawdź, czy jest coś, co możesz poprawić, jeśli tak, to zrób to. Rodzicom, w przypadku ewentualnego konfliktu, tłumacz, że zawsze starasz się jak najlepiej wygospodarować czas, zorganizować zajęcia itd. I nie warto się kierować emocjami, bo te dobrze ci w takim przypadku nie doradzą. Jesteś osobą emocjonalną, co da się wyczuć z postu, więc na początku ciężko ci będzie się do tego przyzwyczaić, ale generalnie zawsze lepiej przeczekać ciężkie chwile, zaczekać, aż opadnie ostatnia łza, i wtedy myśleć, co z danym fantem zrobić.
Nie jesteś pierwszą osobą, której to się zdarzyło. Nie raz już słyszałam podobne historie i z mojej obserwacji najczęściej wynika to ze specyficznego podejścia rodziców do swoich pociech w tym wieku. Wielu rodziców żyje w przekonaniu, że ich dzieci są geniuszami, które po kilku lekcjach angielskiego w szkole podstawowej czy w przedszkolu będą mówiły płynnie po angielsku, budowały całe zdania i pisały. Podam kilka autentycznych przykładów, mam jednej dziewczynki 7 letniej na wyjeździe zagranicznym oczekiwała, że skoro córka uczy się angielskiego w szkole juz rok (1 klasa) będzie mogła być tłumaczem podczas wyjazdu!! Inna mama oglądając bardzo dobre wyniki z testu własnego dziecka stwierdziła, że "pewnie dziecko ściągało" bo niemożliwe, że tle umie. W klasie I rodzice zażądali by dzieci prowadziły "Zeszyt słówek" - gdzie dzieci w sumie raczej po śladzie jeszcze piszą, bo oni - rodzice uczyli się w ten sposób. ITP ITD można by takich przykładów mnożyć wiele. Daje to jakiś obraz z kim ma się do czynienia. Praca z dziećmi w tym wieku była by cudowna - bo dzieci są zwykle wspaniałe, otwarte i chętne do nauki, ale często wszystko niszczą sami rodzice. Oczywiście zdarzają się przypadki niekompetencji wśród nauczycieli również, nie twierdzę, że nie, ale to temat dość mocno nagłośniony i szeroko dyskutowany. Natomiast o takich zachowaniach rodziców jakoś się mniej mówi.
Rada z biura wskazuje, że nie jest to ich tego typu pierwsze doświadczenie, więc warto się też nad tym zastanowić.
Co do rad na przyszłość, ciężko się czymś takim nie przejąć , więc nie będę pisała byś się nie przejmowała. Warto się nad tym zastanowić, warto też rozważyć z osobami w jakim wieku będziesz chciała w przyszłości pracować. Warto tez spojrzeć na takie sytuacje z dystansu, tak jak radzi Majlo, poszukać w sobie pewnych wad, a jeśli jednak wszystko z Twojej strony było w porządku to starać się uodpornić.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum